Jak neurobiologia miesza nam w mózgu

Kiedyś, odczuwając smutek, zaglądaliśmy w głąb duszy. Dziś coraz częściej upatrujemy przyczyny w poziomie serotoniny. W nowoczesnym zarządzaniu rzadziej mówi się o motywowaniu „pracownika”, a częściej o „stymulowaniu ośrodka nagrody”. Żyjemy w czasach fundamentalnego przesunięcia środka ciężkości – odpowiedzialność za nasze życie, decyzje i dylematy moralne przesuwa się z podmiotowego „JA” w stronę naszej tkanki nerwowej.

Współczesna kultura doświadcza zjawiska, które w socjologii zyskało miano „zwrotu neurobiologicznego” (neuro-turn). To cicha rewolucja, która redefiniuje nas z kowali własnego losu w operatorów skomplikowanej maszynerii biologicznej. Socjologowie tacy jak Fernando Vidal określają ten nowy typ tożsamości mianem „podmiotu mózgowego” (cerebral subject) – istoty, dla której „być” znaczy „mieć mózg” (tzw. brainhood). Metaforycznie rzecz ujmując: z Kapitanów okrętu staliśmy się Mechanikami, którzy z niepokojem wpatrują się we wskaźniki ciśnienia w kotłach, szukając w lustrze objawów tzw. „twarzy kortyzolowej”.

Rodzi się zatem pytanie: gdzie w tym wszystkim podział się człowiek? I czy mapa (skan mózgu) nie przesłoniła nam terytorium (życia)?

Błąd mereologiczny i aparat prawdy

Neurobiologia, mimo swoich niepodważalnych zasług w medycynie, w dyskursie publicznym często pada ofiarą błędu logicznego, zdefiniowanego przez neurobiologa Maxa Bennetta i filozofa Petera Hackera jako błąd mereologiczny. Polega on na przypisywaniu części (mózgowi) atrybutów, które logicznie mogą należeć wyłącznie do całości (osoby).

W debatach o relacji neurobiologii i humanizmu często napotykamy tezy sugerujące, że to „mózg decyduje” o naszych wyborach moralnych, lub że to neuronowe mechanizmy „wymuszają” pewne zachowania. Takie postawienie sprawy jest jednak równie sensowne logicznie, jak twierdzenie, że „silnik mojego samochodu pojechał na wakacje do Chorwacji”. To nie mózg decyduje – to człowiek decyduje, wykorzystując do tego mózg. Jest on tutaj instrumentem – genialnym, niewyobrażalnie złożonym fortepianem. Współczesna neurokultura skupia się jednak na drganiu strun (synapsach), zapominając, że przy klawiaturze siedzi Pianista – świadomy podmiot.

Rezonuje to również z myślą Viktora Frankla, który już w połowie XX wieku przestrzegał przed niebezpieczeństwem tzw. „-izmów” (jak biologizm czy psychologizm). Zauważył on, że zagrożenie rodzi się w momencie, gdy nauka szczegółowa rzutuje swoje fragmentaryczne odkrycia na całość ludzkiego bytu. Wówczas badacz przestaje mówić: „w mózgu zachodzi proces X”, a zaczyna twierdzić: „człowiek to nic innego jak proces X”. Neurobiologizm jest przykładem tego, co Frankl nazywał totalitaryzmem nauki szczegółowej – próbą zamknięcia wielowymiarowej istoty ludzkiej w jednowymiarowym wycinku rzeczywistości.

Dlaczego ulegamy temu złudzeniu? Ponieważ neuroobrazowanie (fMRI, PET) stało się w naszej kulturze nowym „aparatem prawdy”. Kolorowy skan mózgu wydaje się nam bardziej obiektywny i „prawdziwy” niż subiektywna opowieść człowieka.

Najlepszą ilustracją tego problemu jest prozaiczna sytuacja krojenia cebuli. Gdybyśmy poddali badaniu fMRI osobę krojącą cebulę, skaner zarejestrowałby zmiany przepływu krwi (sygnał BOLD) w obszarach przetwarzania bodźców z nerwu trójdzielnego, w korze wyspy oraz w przedniej części zakrętu obręczy – rejonach aktywowanych przy odczuwaniu bólu i dyskomfortu. Gdyby ktoś próbował interpretować wyłącznie ten obraz, bez jakiegokolwiek kontekstu, mógłby dojść do wniosku: „badany doświadcza silnej reakcji awersyjnej, sugerującej głęboki dyskomfort”. Człowiek patrzący na całość sytuacji stwierdziłby po prostu: „On robi obiad”. Żaden odpowiedzialny neurobiolog nie postawi diagnozy na podstawie samego skanu i właśnie to jest sednem problemu: mózg bez kontekstu życia pozostaje jedynie zbiorem wyładowań elektrycznych, które same w sobie nie niosą znaczenia etycznego.

Neuro-Biznes i waluta dopaminy

To przesunięcie akcentu z „osoby” na „mechanizm” zostało błyskawicznie zaadaptowane przez rynek. W korporacjach i marketingu narodziła się nowa waluta: dopamina. Raporty rynkowe wskazują na rosnącą popularność tzw. Neuromanagementu, który często opiera się na uproszczonych modelach behawioralnych.

Współczesna grywalizacja (gamifikacja) w miejscu pracy projektowana jest tak, by wywoływać regularne wyrzuty dopaminy. Pracownik przestaje być traktowany jak autonomiczny podmiot, z którym negocjuje się sens i cel pracy, a staje się „zasobem poznawczym”, który należy odpowiednio stymulować. Język neuronauki usprawnia tu proces uprzedmiotowienia: nie zarządza się już ludźmi, ale „układami nagrody”, którymi można sterować jak modułem w maszynie.

Tu ujawnia się podwójne dno tego redukcjonizmu. Pierwsze to błąd merytoryczny: w popkulturze biznesowej dopamina uchodzi za „molekułę szczęścia”. Tymczasem badania Kenta Berridge’a i Terry’ego Robinsona wykazały, że odpowiada ona za system „chcenia” (wanting), a nie „lubienia” (liking). Jest paliwem pościgu, a nie satysfakcji. Drugie dno jest jednak groźniejsze: nawet gdyby korporacje poprawnie rozumiały tę biochemię, samo założenie, że motywację można sprowadzić do „zarządzania pętlą dopaminową”, jest odczłowieczające. Opieranie kultury organizacyjnej na stymulacji układu nerwowego to tworzenie mechanizmu wiecznego nienasycenia. Traktujemy tu człowieka jak maszynę do reagowania na bodźce, ignorując to, że Pianista potrzebuje nie tylko paliwa, ale i powodu do gry.

Komunikat płynący z tak skonstruowanego świata jest taki: jeśli czujesz wypalenie, to nie dlatego, że środowisko pracy jest toksyczne. To po prostu Twój „układ nerwowy uległ deregulacji”. Rozwiązaniem staje się więc nie zmiana warunków pracy, lecz trening mindfulness – technika, która ma pomóc Ci biec w tym samym kołowrotku, tylko z nieco niższym tętnem.

Odpowiedzialność w cieniu chemii: wielkie spłaszczenie

Największą ofiarą języka neuronauki pada jednak nasza sprawczość (agency). Mechanizm ten ma głębokie historyczne korzenie. Michel Foucault pisał o „perwersyjnej implantacji”, pokazując, jak w XIX wieku medycyna zaczęła „wszczepiać” diagnozy w tożsamość jednostek (wtedy narodziła się np. kategoria „homoseksualisty” jako typu człowieka).

Dziś ten sam proces zachodzi na poziomie neuronalnym. Socjolog Nikolas Rose nazywa to narodzinami „neurochemicznego ja” (neurochemical self). Psychika zostaje zredukowana do prostej definicji: „umysł to po prostu to, co robi mózg”. Złożone, głębinowe modele umysłu – oparte na biografii, traumach czy konfliktach wartości – zostają spłaszczone do materialnych odczytów.

  • Paradygmat głębi: „Cierpię, ponieważ straciłem coś ważnego, a moja przeszłość kładzie się cieniem na teraźniejszości”. (Przyczyna w historii życia).
  • Paradygmat spłaszczony: „Cierpię, ponieważ mam nierównowagę neuroprzekaźników”. (Przyczyna w molekule).

Teoria „nierównowagi chemicznej” w depresji, choć spotyka się z coraz większym sceptycyzmem naukowym (co potwierdza m.in. przegląd Joanny Moncrieff z 2022 r.), wciąż dominuje w naszej tożsamości. Stajemy się „chemicznymi obywatelami”, których głównym obowiązkiem jest monitorowanie własnego mózgu. Zdejmuje to z nas ciężar odpowiedzialności, ale w zamian oferuje coś znacznie bardziej niebezpiecznego: pesymizm prognostyczny. Skoro to „tylko chemia”, to po co się starać? Wystarczy dobrać odpowiedni koktajl.

Jak wskazują badania (m.in. Lebowitza i Ahna), pacjenci wierzący w „zepsuty mózg” rzadziej podejmują wysiłek terapeutyczny, uznając, że ich stan jest zdeterminowany biologicznie. Wpadamy w pułapkę „efektu pętli” (Ian Hacking): etykieta „biologicznie uszkodzonego” zmienia to, jak o sobie myślimy, utrwalając bierność.

Transakcyjna relacja z Naturą

Nawet nasza relacja z naturą uległa urzeczowieniu. Spacer przestaje być celem samym w sobie – staje się narzędziem do „zbijania kortyzolu”. Słońce przestaje być życiodajną gwiazdą, a staje się dystrybutorem witaminy D. Zapominamy przy tym, że spacer może być modlitwą, rozmową z kimś bliskim albo chwilą zachwytu, a nie tylko interwencją w poziom kortyzolu.

Podobnie rzecz ma się z bieganiem. Biegacze deklarują, że biegną dla „endorfin”. Ironia polega na tym, że nawet gdy nauka koryguje ten mit (wskazując, że za euforię biegacza odpowiadają raczej endokannabinoidy, a nie endorfiny), my jedynie podmieniamy nazwę w tabelce. Istota problemu pozostaje: wciąż szukamy chemicznego uzasadnienia dla swojej radości.

Jednak nazewnictwo jest tu drugorzędne. Kluczowy jest mechanizm instrumentalizacji: traktujemy własne ciało jak fabrykę farmaceutyczną, którą musimy „zhakować” (biohacking), by wycisnąć z niej maksymalną wydajność.

Podsumowanie: powrót do pianisty

Neurobiologia jest fascynującą i niezbędną dziedziną nauki. Daje nam coraz dokładniejszą mapę terenu, po którym się poruszamy. Ale, jak mawiał Alfred Korzybski, „mapa to nie terytorium”.

Filozofka Catherine Malabou zwraca uwagę, że współczesna kultura chętnie mówi o neuroplastyczności, ale często rozumie ją opacznie – jako wymóg ciągłego „przeprogramowywania się” i optymalizacji, by pasować do rynku pracy (czyli bycia „plastycznym podmiotem” w sensie biernym). Tymczasem plastyczność to nie tylko elastyczność (bierne dopasowywanie się), ale też zdolność do nadawania formy (aktywne kształtowanie siebie i świata).

Mózg jest plastyczny – przypomina glinę, a nie kamień.

  • To, co myślimy, zmienia strukturę mózgu (co potwierdzają np. badania nad skutecznością psychoterapii).
  • To, co robimy, zmienia strukturę mózgu (co potwierdzają np. badania strukturalne mózgów zawodowych muzyków)
  • To, co jemy, zmienia strukturę mózgu (co potwierdzają badania nad osią jelita-mózg).

Ostateczna odpowiedzialność nie leży w synapsach, lecz w tym, jak Ty – jako świadomy Pianista – decydujesz się tę plastyczność wykorzystać. Czy pozwolisz, by „nowe nauki o mózgu” zredukowały Cię do roli „chemicznego obywatela”, czy potraktujesz swój mózg jako instrument do skomponowania własnej, niepowtarzalnej biografii?

Pamiętajmy: kiedy kroimy cebulę i płaczemy, nie potrzebujemy farmakologii do hamowania ośrodka łzawienia. Potrzebujemy po prostu dokończyć ten obiad.